Święta Bożego Narodzenia w tym roku okazały się dość krótkie, toteż zdecydowałam się je przedłużyć kosztem jednego dnia urlopu. Przy czym, dzięki temu, że 23 grudnia był w mojej świątyni zarabiania pieniędzy dniem wolnym od pracy, zyskałam pięć dni wolnego.
Przejedzona pierogami i sernikiem własnej roboty wróciłam do Warszawy i nie mogłam zasnąć do kosmicznej dla człowieka pracy godziny, zdaje się była to 5.30. Nie można się więc dziwić, że przegapiłam budzik, wstając o pół godziny za późno. Katastrofa! Zerwałam się przekonana, że o jacie dzisiaj wtorek, więc powinnam już być w Radości, a tu radośnie tkwię w pościeli w Śródmieściu. W amoku zaczęłam szukać ubrania, które nie było szlafrokiem, piżamą, strojem domowym etc – krótko mówiąc stroju profesjonalnego prawnika (powiedzmy…). Malując jedną ręką oko, drugą przyczesywałam nader bujną grzywę, która zastępuje każdego poranka moje włosy. Zabrakło mi trzeciej kończyny, żeby zrobić kawę… To oznaczało, iż poranek zaczął się wybitnie kiepsko.
Wyleciałam z domu ruchem jednostajnym przyspieszonym, zasuwając do metra w nowych butach na wysokich obcasach. Stukałam obcasikami do rytmu z odtwarzacza. Mniej więcej w połowie drogi, Mari przeżyła olśnienie pod tytułem: ‘o ja %$$&%Y%, zapomniałam z mieszkania części niezbędnych rzeczy’. Co w związku z tym? Stukanie obcasikami i powrót do domu. W drodze, w czasie przyspieszonego adrenaliną intelektu, podjęłam decyzję o podróży taksą (tak, tak, nawet mnie zdarzają się przebłyski błyskotliwości).
Siedem minut nerwowego oczekiwania i zbiegam radośnie do taksówki. Nagle słyszę krzyki klaksonów i syrenę. Pełna jak najgorszych przeczuć, zerkam niepewnie na ulicę. I tak – pan taksówkarz w wieku bardziej dziadkowym niż tatusiowym zablokował całą ulicę, a za nim straż miejska. Jechała tuż za zderzakiem mojej taksówki, przesuwając ją w nieco szersze miejsce. Obyło się bez mandatu. Pan taksówkarz, człowiek rakieta, po drodze postanowił zajechać drogę jakiemuś miłemu panu w dresie, siedzącemu w bmw. Pogoda była ładna, niemal wszyscy mieli otwarte okna, toteż zapewne usłyszeli gromkie: ‘Ty ^%^%^&, ^%$^%^%^%’, które niosło się Marszałkowską.
Udało się! Dojechałam do centrum, kątem oka widzę, że nadjeżdża bus do Radości, a człowiek rakieta dość niemrawo wydaje mi resztę. Miałam dylemat – stracić 20 zł czy poczekać? Poczekałam. Biegiem do busa, stukając obcasikami, a pan kierowca zamknął mi drzwi przed nosem i radośnie pomachał rączką.
Pomyślałam, że skoro taki mam wtorek, to jaki będzie ostatni tydzień tego roku? Zapewne cztery dni totalnego wariactwa i wejścia w tryb zombie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że mamy środę… Tylko gdzie się podział wtorek?





To przez to, że w poniedziałek jeszcze były Święta. Ja cały wtorek myślałam, że jest poniedziałek i potem też miałam problemy z ogarnięciem całego tygodnia
Mam nadzieję, że jedyną trwałą konsekwencją tego pomieszania z poplątaniem był niniejszy świetny wpis blogowy.