Ale to już było (Zielona Latarnia, 2 DVD)

Był sobie chłopak, Hal. Młody, gniewny, zbuntowany. Całe życie próbował dorównać tatusiowi, który był dzielnym pilotem i zginął na oczach syna. Trzymał się zasady carpe diem, kochał niebezpieczne zabawy, zawsze balansując na granicy ryzyka, o krok od śmierci. Nieodpowiedzialny, arogancki, a przy tym niepewny siebie. I nagle na tego oto młodego mężczyznę spada wielka odpowiedzialność. Błękitnocielski kosmita przekazuje mu pierścień i tajemniczą latarnię. Okazuje się, że Hal ma walczyć o przyszłość świata, galaktyki i miliona planet, o których istnieniu nie miał pojęcia. Sztampowa historia, oklepane do granic możliwości motywy – czy więc warto marnować niemal dwie godziny, oglądając powtórkę ze Star Treka?

Nie wiem, czy jestem do końca kompetentna, żeby wypowiadać się o filmie, jako że nigdy nie byłam nastoletnim, pryszczatym chłopcem, zaczytującym się w historii wielkiego bohatera iluś tam światów. Mimo że płeć nie ta i wspomnienia nie te, spróbuję jednak wyłuskać z filmu elementy, które ratują mocno średnią fabułę.

Warto przede wszystkim odnotować, że dowcip nie opiera się na tandetnych gagach, rodem z amerykańskich komedii dla nastolatków. Można się uśmiechnąć i zastanowić, jak bliska  jest nam reakcja Hala Jordana. Pierwszym problemem, na jaki natyka się (jeszcze niedoszły) bohater, to jak otworzyć to piekielne ustrojstwo, które kosmita określił mianem latarni. Prób było wiele, w tym okrzyk: ‘Na potęgę posępnego czerepu!’ Udało się, oczywiście, zupełnym przypadkiem… Ziemskie fajtłapy górą! Po pokonaniu trudności technicznych, Hal trafia w tajemnicze, bajkowe miejsce i okazuje się, że nie będzie mu dane nacieszyć się nagle zdobytymi możliwościami, albowiem musi przejść szkolenie, przy czym trenerów ogranicza li tylko wyobraźnia. Działo się, oj działo się, fantazja stworów z kilku planet przerosła najśmielsze oczekiwania niedouczonego Ziemianina. Niewymuszonych (i żywię nadzieję, ze zamierzonych) dowcipów jest dużo więcej – nie przegapcie okrzyku: ‘Wykujmy pierścień!” (tak, tak, wujku Sauronie, wujek ma naśladowców w kosmosie).

Nie samym humorem zrobiony na poważnie film o herosach jednak stoi. Rozpuszczony przez hiperprodukcje przeciętny widz, płci wszelakiej, oczekuje, żeby to, co na ekranie, robiło wrażenie, wbijało w fotel i zrywało zegarki. I, przyznaję, nie zawiodłam się, nawet siedząc przed niezbyt pokaźnym domowym telewizorem. Efekty może nie mrożą krwi w żyłach, ale są dobre – bohaterowie latają, kreują zieloną moc, zmieniając ją w samoloty, mury, a kiedy pojawia się ten zły – w tarcze ochronne. Właśnie, właśnie, nie zapominajmy o bad guyu! Jest wielki, oślizły, przebrzydki i ma tyle macek, że największa kałamarnica chowa się zawstydzona. Robi wrażenie i nie powoduje u widza ataku śmiechu, co niestety w przypadku filmu o herosach nie jest niczym wyjątkowym.

Efektom specjalnym dorównują scenografia i kostiumy, ba, rzekłabym nawet, że w tracie seansu skupiałam się przede wszystkich na nich. Pomijam ziemskie lokum głównego bohatera (chociaż chciałabym w czymś takim mieszkać), laboratoria, gabinety, bo je znaleźć można w połowie amerykańskich produkcji. Zdecydowanie większą uwagę zwraca kreacja kosmosu – niesamowite widoki,  budowle starsze i nowe – baza Korpusu Zielonej Latarni wygląda jak miasto i to miasto, które żyje, zmienia się wraz z kolejnymi budowniczymi. Niezwykli są także członkowie Korpusu – mimo że każdy nosi zielone wdzianko, to zachowują przy tym multum cech charakterystycznych – widać, że każdy pochodzi z innej planety i dorastał w specyficznym środowisku. Oglądanie tak wielu różnych postaci sprawiło mi niesamowitą frajdę.

Zielona Latarnia nadaje się świetnie na prezent dla kobiety. Ryan Reynolds (Hal) jest posągowy i tak przystojny, że jeżą się włosy na karku. Przedstawicielkom płci uznawanej za bardziej złośliwą twórcy zrobili dodatkową niespodziankę, prezentując Hala jedynie w opasce biodrowej, a chłopak naprawdę dużo ćwiczył przed rozpoczęciem zdjęć. Panowie mają zdecydowanie gorzej – dla nich zostaje Blake Lively, która (niestety) świetnie prezentuje się w sukni wieczorowej, ale (na szczęście) jest mało ciekawa i zarówno przerażenie, jak i radość czy pełnię szczęścia wyraża tą samą miną.

Na deser pozostają dodatki, które są naprawdę świetne. Można wybrać, na przykład, ‘Wszechświat według Green Lantern’, z którego osoby totalnie nieobeznane z komiksami (jak ja) dowiedzą się, skąd się wziął pomysł na serię, jak ewoluowała, co wpływało na treść zeszytów i co to za postać. Równie udany jest ‘Ryan Reynolds zostaje Green Lantern’ – chłopak brał udział w całkiem sporej ilości kaskaderskich wyczynów, podejmując ryzyko i dawało mu to wielką frajdę. Poza tym, dowiecie się, która scena była kręcona bez prób i które reakcje aktora są absolutnie prawdziwe. Do wyboru także dodatki o broni, kreacji świata, kostiumach i innych technicznych ciekawostkach.

Cóż, Zielona Latarnia to nie jest film dla wielbicieli Bergmana, ale fanów Star Treka i prostej pulpy jako przysmaku na wolne popołudnie, takich jak ja, nie powinno zemdlić, a może nawet część stwierdzi, że to danie było całkiem smaczne.

Dystrybutorem filmu jest firma Galapagos.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Komentarze:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>