Każdego roku dla człowieka pracy nadchodzi wymarzony czas. Kiedy odeśpimy sylwestrową noc i wrócimy do codziennego kołowrotu, zaczynamy o nim marzyć, planować, przeglądać foldery, wybierać destynacje i zbierać pieniądze. Co mam na myśli? Urlop, oczywiście, magiczne dwadzieścia sześć tudzież dwadzieścia dni w roku.
Możemy spędzić go na egzotycznej plaży, w leśnej głuszy, w wiejskiej chacie czy po prostu w domu. Nie ma to większego znaczenia, chyba że Matka Natura postanowi zadbać o naszą cerę nieprzerwaną mżawką, wtedy zdecydowanie popieram ideę wypoczynku pod palmami. Najważniejsze jest to, ze urlop to czas drobnych przyjemności – bel far niente jak mawiają na południu Europy.
Lubię drobne przyjemności – momenty tylko dla mnie. Urlop daje przyjemną możliwość wyłączenia budzika, obrócenia się na drugi bok i spania do nieprzyzwoitej godziny. W końcu co z tego, że już południe… Kiedy leniwie przeciągnę się, witając poranek, mam czas na to, na co zawsze mi go brak. Na długie śniadanie. Dzbanek kawy, ładne kanapki, twarożki i wszystko, co mi wpadnie do głowy. Druga, trzecia filiżanka kawy – sama przyjemność, w końcu nie muszę się spieszyć. Potem leżak, na tarasie, z zimnym napojem w jednej dłoni i z książką w drugiej. A stos literatury leży obok i mruga do mnie, sugerując: czytaj szybko, czekamy, zajrzyj i do nas. I nie będę ukrywać, że zaglądam do kolejnej książki i do kolejnej, i do kolejnej. W tle gra muzyka, a ja się relaksuję. Mogę celebrować gotowanie obiadu, upiec szarlotkę, gdy mam ochotę, powoli, bez nerwowego zerkania na zegarek, że to już ta godzina, a muszę jeszcze tyle rzeczy zrobić. Wpadają przyjaciele, znajomi, jest wesoło, gwarno. Po prostu bel far niente.
A kiedy miną czarowne dwa tygodnie, tydzień czy nawet trzy dni, wracam do codziennego kołowrotka i marzę o kolejnym urlopie, jakby poprzedniego w ogóle nie było. Cóż, taki urok pięknych chwil i drobnych przyjemności – trwają zdecydowanie za krótko, ale przynajmniej jest na co czekać.




